Analiza SWOT, nazywana również metodą SWOT, jest jedną z podstawowych metod zarządzania strategicznego. Dotyczy dwóch jego części, to znaczy analizy strategicznej i formułowania strategii. Podejście to powstało na bazie koncepcji analizy pola sił opracowanej przez K. Lewina w latach 50-tych.

SWOT ma uniwersalne zastosowanie. Można za jej pomocą przeanalizować makrootoczenie organizacji, jej konkurencję i ocenić potencjał strategiczny przedsiębiorstwa. Metoda ta jest stosowana do diagnozy ogólnej sytuacji przedsiębiorstwa. Jest przy tym niezbyt skomplikowana, sporządza się ją stosunkowo szybko, co też ma znaczenie. Bez większych problemów można znaleźć w Internecie przykład analizy SWOT.

W trakcie analizy SWOT następuje identyfikacja mocnych i słabych stron przedsiębiorstwa, porównując do wzorca idealnego. Następnie wyróżnione mocne i słabe strony odnosi się do szans i zagrożeń występujących w otoczeniu i na tej podstawie wyznacza strategię. Z tego powodu strategia jest dobrze dopasowana do konkretnej organizacji.

Mocne strony to inaczej atuty organizacji, które pozwalają jej osiągnąć przewagę konkurencyjną. Słabe strony to te czynniki, które ją hamują. Szanse występujące w otoczeniu to korzyści, które może ona spożytkować, a zagrożenia mogą jej zaszkodzić, o ile się im nie przeciwdziała.

Występują cztery strategie: strategię agresywną, przyjmowaną w najbardziej sprzyjających okolicznościach, strategię defensywną, przyjmowaną w najmniej sprzyjających okolicznościach, a także strategię konkurencyjną i strategię konserwatywną.

Dzięki wykonaniu analizy SWOT otrzymuje się dokładne dane dotyczące sytuacji organizacji i jej otoczenia. Na tej podstawie kadra zarządzająca może podejmować skuteczne decyzje. Wszelkie błędy popełniane będą na papierze, a nie w rzeczywistości.

zródło http://artykuly-do-przedruku.com/analiza-swot/

Polacy znaleźli się w czołówce narodów najlepiej posługujących się językiem angielskim, jak wynika z najnowszego raportu EF EPI badającego znajomość języka angielskiego w 70 krajach. Polacy uplasowali się na dziewiątej pozycji. Językiem angielskim posługują się lepiej jedynie mieszkańcy krajów skandynawskich, Holandii, Słowenii, Estonii i Luksemburgu.

– Raport wyraźnie pokazuje, że im lepsza znajomość języka angielskiego w kraju tym wyższe PKB. Kraje z najwyższą znajomością języka angielskiego odnotowują najmniej urodzeń w skali świata. Również im lepsza znajomość języka angielskiego tym wyższe zarobki – mówi newsrm.tv Katarzyna Spyridakis, manager ds. Relacji z Klientem Edukacyjnym, Education First.

Tegoroczny raport EF English Proficiency Index to piąta edycja największego międzynarodowego rankingu uwzględniającego stopień znajomości języka angielskiego. Badanie przeprowadzono w 70 krajach na grupie ponad 910,000 osób powyżej 18 roku życia. Polskę w tym rankingu wyprzedziły jedynie kraje skandynawskie oraz Holandia, Słowenia, Estonia i Luksemburg. Regionami z najniższym poziomem znajomości języka angielskiego są nadal Afryka Północna oraz kraje środkowowschodnie.

Europa Północna i Środkowa wykazują szczególnie wysoki poziom znajomości języka angielskiego względem krajów pozaeuropejskich, a ich pozycje w rankingu EF EPI zostały wzmocnione w ciągu ostatnich pięciu lat. Francja wyróżnia się w Europie najniższym poziomem znajomości języka angielskiego.

W porównaniu do zeszłorocznego rankingu EF EPI Polska spadła o trzy pozycje. Polaków wyprzedzili Słoweńcy, Estończycy i Luksemburczycy.

Raport pokazuje, że znajomość języka angielskiego na świecie względem poprzednich lat wzrosła. Kobiety mówią po angielsku lepiej niż mężczyźni w prawie każdym z badanych krajów, jednak różnica między płciami jest znikoma w krajach z pierwszych miejsc rankingu. Największa różnica w umiejętności posługiwania się językiem angielskim odnośnie płci jest w Europie Wschodniej, na Bliskim Wschodzie oraz w Afryce Północnej. Natomiast w przypadku konkretnych grup wiekowych najbieglej posługują się nim osoby w wieku między 18 a 20 rokiem życia. Im osoby są starsze, tym poziom biegłości językowej jest niższy.

Wypowiedź: Katarzyna Spyridakis, manager ds. Relacji z Klientem Edukacyjnym, Education First.

Źródło: Newsrm.TV

Opowiadając o przygodach harcerzy, którzy stawiają czoło hitlerowskim okupantom, Gliński fetyszyzuje młodość. To ona jest jedną z głównych bohaterek "Kamieni na szaniec". Od patriotycznych uniesień ważniejsze są tutaj porywy serca i więzy przyjaźni. Od rozsądku – zew przygody.

 

Cena pokrzepienia


Gdy w 1943 roku Aleksander Kamiński wydawał swą powieść, jego książka miała budować nadwątlonego narodowego ducha. 70 lat później historia Rudego (Tomasz Ziętek), Zośki (Marcel Sabat) i Alka (Kamil Szeptycki) nie krzepi, ale przeraża. Jest obrazem polskiej bohaterszczyzny, która rachunek zysków i strat zagłusza tromtadracjami o patriotycznych powinnościach.

Filmowe "Kamienie na szaniec" karmią się romantyczną mitologią. Gliński opowiada o ludziach, dla których miarą człowieczeństwa jest odwaga, choćby ślepa i bezcelowa. Akcje małego sabotażu, których dokonują filmowi harcerze, mają przecież wysoką cenę. Zerwanie propagandowego plakatu opłacone zostaje śmiercią jednego z chłopców, a Rudy i Zośka ryzykują życia dla symbolicznego gestu zerwania hitlerowskich flag. Czy było warto?

Gliński nie stawia tych pytań. Reżyser, którego matka w czasie wojny służyła w Szarych Szeregach, mówi o wojnie w tonie hagiograficznej przypowieści. Mimo to jego film skłania do pytań o granice bohaterstwa. "Kamienie…." opowiadają o tym samym narodowym micie, który obnażał Andrzej Wajda w "Lotnej" sześćdziesiąt pięć lat temu. Jednak o ile u Wajdy demitologizacja była elementem reżyserskiej strategii, o tyle w filmie Glińskiego następuje mimowolnie, niejako na marginesie głównej opowieści.

Pomniki bez patyny

Zanim jeszcze "Kamienie…" trafiły na ekrany, film wywołał kontrowersje - historycy zarzucali mu faktograficzne nieścisłości, a związki harcerskie – szkalowanie (sic!) dobrego imienia bohaterów. Wszystko za sprawą obyczajowego tła obecnego w opowieści Glińskiego. Filmowi Rudy i Zośka to nie tylko młodzi żołnierze, ale też zwyczajni chłopcy, którzy w czasie wojny przeżywają swe pierwsze miłości i seksualne inicjacje (zwłaszcza te ostatnie naruszają ponoć moralną nieskazitelność harcerzy). Głodni życia czerpią z niego garściami, równie intensywnie przeżywając miłosne uniesienia, jak wojenne przygody.

Gliński zdejmuje z bohaterów Kamińskiego warstwy patyny. W jego filmie co i rusz rozlega się rockowa melodia, przypominająca buntownicze songi grupy Cool Kids of Dead, a chłopięce przygody ubrane zostają w formę efektownego teledysku. Młodość bohaterów ze wszystkimi jej konsekwencjami (porywami serca i skłonnością do brawury) przesłania jednak ich charakterologiczną różnorodność. Rudy, Zośka i Alek pozostają postaciami bez właściwości. I choć w wywiadach reżyser deklarował, że główną oś konfliktu chciał oprzeć na światopoglądowych i charakterologicznych różnicach pomiędzy Zośką i Rudym, ekranowe dychotomie są zbyt mało wyraziste, by posłużyć za punkt wyjścia do dramatycznej opowieści o starciu charakterów.

To, co mogłoby zaiskrzyć między bohaterami, u Glińskiego pojawia się tylko na moment, by po chwili zniknąć z ekranu. Oto podczas harcerskiego spotkania konfrontują się dwa światy – młodzieńcy z inteligenckich domów spotykają prostego chłopaka z warszawskiej Pragi. Oczytani patrioci zderzają się z patriotą-proletariuszem. Następuje krótka pyskówka. Ale Glińskiego te iskry nie interesują. Wybiera bezpieczną wersję historii, w której piękni chłopcy i piękne dziewczęta z łobuzerskimi uśmiechami na ustach rzucają się do walki o wolność naszą i waszą, na śmierć idąc po kolei "jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec". 





"Kamienie na szaniec", reż. Robert Gliński, scen. Dominik W. Rettinger, Wojciech Pałys, zdj. Paweł Edelman, muz. Łukasz Targosz. Występują: Tomasz Ziętek, Marcel Sabat, Kamil Szeptycki, Magdalena Koleśnik, Sandra Staniszewska, Wojciech Zieliński, Andrzej Chyra, Krzysztof Globisz, Artur Żmijewski, Danuta Stenka. Dystrybucja: Monolith. Czas trwania: 112’. Premiera: 7 marca 2014.

Rodzina przeklęta – to pierwsze skojarzenie, które się nasuwa. Historia Zdzisława i Tomasza Beksińskich na pierwszy rzut oka wydaje się fabułą któregoś z opowiadań – ukochanego zresztą przez ojca i syna – Edgara Allana Poe.

Ojciec – "najbardziej kontrowersyjny polski malarz" w epoce, kiedy malarstwo było jeszcze w stanie kogokolwiek zbulwersować, kolonizujący wyobraźnię odbiorców swoimi zaświatowymi wizjami, pełnymi zgliszcz, upiorności, sadomasochizmu i kosmicznej samotności. Wzbudzający skrajne reakcje – od uwielbienia po – nagminne ze strony krytyki - zarzuty o kicz. Targany obsesjami odludek z manią na punkcie bezpieczeństwa.
Syn – kultowy prezenter radiowej Trójki i tłumacz "Monty Pythona", outsider i ekscentryk, członek londyńskiego towarzystwa wampirów, który w "WC kwadransie" pojawił się w czarnej pelerynie à la Nosferatu.
Młodszy popełnił samobójstwo, starszy został kilka lat potem zamordowany. Kiedy Tomasz się zabił, w Polskę poszła wieść, że to przez ojca, który miał nierówno pod sufitem. Kiedy zginął ojciec, wydawało się, że realizuje się mroczne fatum ciążące na rodzinie. Zagadkowi, demoniczni, nieszczęśliwi. Bohaterowie ciemnej legendy.
Poszukiwacze niesamowitości będą "Portretem podwójnym" rozczarowani. Choć Grzebałkowska wpiła się w duszę rodu Beksińskich niczym – nie szukając daleko – wampir, odsłaniając jego tajemnice, sekrety, intymność, zrobiła to, by stworzyć portret, na który zasłużyli: odarty z niezdrowej sensacji, ludzki, współ-czujący. Z jej książki wyłaniają się nie "mroczni inni", ale ludzie z krwi i kości. 
Wewnętrznie pokręceni i z pokolenia na pokolenie haratani, ale jakoś w swoim poplątaniu zrozumiali, budzący empatię, a także – zwłaszcza ojciec – zwykłą sympatię. 
"Portret podwójny", a więc historia ojca i syna, dwóch outsiderów połączonych gordyjskim węzłem pokrewieństwa. Opowieść zaczyna się od listu. Beksiński-ojciec komunikuje w nim przyjaciółce Tomasza, że ten właśnie się zabił. Kończy go słowami: "No nic. Jeśli chcesz jakieś dodatkowe informacje, to napisz. Pięknie wszystkich pozdrawiam". List, napisany dzień do śmierci syna, jest rzeczowy, opisowy. Wstrząsający w swoim chłodzie. Wszystko, co następuje potem w "Portrecie podwójnym" jest właściwie próbą odpowiedzi na – niepostawione wprost, a jednak rozsadzające czaszkę - pytanie: jak można tak beznamiętnie pisać o samobójstwie własnego dziecka?
Grzebałkowska krok po kroku rozjaśnia mrok i na kilkuset stronach udziela odpowiedzi, które znajdują się na przeciwległym biegunie od tego, co proste i przewidywalne. "W sytuacjach skrajnych nie ma schematów" – powie jej jeden z przyjaciół Beksińskich i to zdanie mogłoby być mottem jej opowieści. 



"Beksińscy. Portret podwójny" to rozpisana na kilka generacji opowieść o rodzicach i dzieciach, kobietach i mężczyznach, którzy próbują nie utonąć w rzeczywistości. To rodzinna historia wewnętrznych emigracji, opowieść o wrażliwych ludziach, którzy próbują żyć po swojemu, w kontrze do świata, w mozolnie zbudowanych twierdzach, gdzie czują się bezpiecznie.
Podglądamy ich w przypominającym labirynt sanockim domu, w którym nie sposób się nie zgubić, zaglądamy do ich warszawskich mieszkań. Poznajemy niezbyt licznych, ale wiernych przyjaciół domu, marszandów i kuzynów, krytyków i babcie, żywieniowe zwyczaje, nawyki, odzywki domowników, kulisy powstawania obrazów i cielesne sekrety, sny i fantazje. Grzebałkowska odtwarza emocje, relacje, domową atmosferę u Beksińskich tak szczegółowo, że wrażenie wniknięcia w ich życie jest totalne. Tym bardziej, że pozwala bohaterom mówić w pierwszej osobie: poprzez listy i inne zapisy codzienności, jak nagrywany przez Beksińskiego seniora "dziennik foniczny". Beksińscy się odsłaniają – i zaskakują. Największą niespodziankę robi chyba Beksiński-senior, który swoje wewnętrzne demony trzyma na smyczy zdrowego rozsądku i codziennej krzątaniny. Ekscentryczność i ciemne wizje "miłego pana, prędzej lekarza z wyglądu niż artysty", jak napisze o nim Wojciech Tochman, schodzą w codziennym życiu na drugi plan, zepchnięte przez codzienne użeranie się z urzędniczo-biurokratyczną rzeczywistością PRL-u. Jak tu być melancholikiem, kiedy nad głową wisi sprawa meldunku, kiedy synowi trzeba załatwić taśmy, obrazami przekupić tego i tego i jeszcze na dodatek wymigać się od państwowego stypendium (bo władza, niezależnie od epoki i ustroju, upupić i zawłaszczyć "Artystę" próbuje nieustannie)? Grzebałkowskiej udało się – poprzez opisy codziennej szamotaniny – sportretować nie tylko rodzinę Beksińskich, ale i pełną absurdu epokę. Sportetowała też pokomplikowane wewnętrzne światy, choć zadanie miała niełatwe, a po drodze wiele pułapek. Toksyczne relacje, nieporadna miłość i emocjonalny chłód, fobie, samobójstwo, zabójstwo to materiał kuszący, ale wybuchowy. Szczególnie w przypadku Tomasza, skrajnie samotnego samozwańczego "Nosferatu", ostatniego ogniwa w spowitym mrokiem łańcuchu pokoleń. Jego portret to fascynujące stadium nieprzystosowania. Człowiek zarazem ziejący nienawiścią do "mięsa" czyli ludzkości i spragniony uczucia, skrajnie infantylny i egocentryczny, (samo)skazujący się na zagładę. Budzący współczucie, bo poniekąd zarażony atmosferą domu, w którym się wychował. "Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna" – pisze Grzebałkowska. Nie ma tu jednak ferowania wyroków, wskazywania winnych. Jest samotność, na którą skazani są jednakowo wszyscy, choć niektórzy radzą sobie z nią lepiej, a inni załamują się pod jej ciężarem.
"Beksińscy. Portet podwójny" to książka biograficzna, która, mówiąc najprościej i najdosadniej, ożywia swoich bohaterów. Pięknie łudzi, że Beksińskich, że innych w ogóle, da się zrozumieć, pojąć, wytłumaczyć. Jednak nawet jeśli to złudzenie, Grzebałkowska zaszła w tej próbie naprawdę daleko. Z małym wyjątkiem. Jak sama przyznaje, oparła jej się Zofia Beksińska. Portret podwójny byłby tak naprawdę portretem potrójnym, gdyby ona – muza, opiekunka, spoiwo, a może: ofiara – nie strzegła tak dobrze swojej tajemnicy. Pozostały domysły, przypuszczenia i to, jak widzieli ją inni.
"Beksińscy. Portret podwójny" to opowieść o znikaniu. Z rodziny nie pozostał przy życiu nikt. Dom w Sanoku został dawno zburzony. Jak donoszą gazety, sanockiemu Muzeum Historycznemu, gdzie znajduje się większość obrazów Zdzisława Beksińskiego, grozi bankructwo. Dobry to moment, by o malarzu, który niegdyś z równą siłą czarował i odrzucał, irytował i wzbudzał podziw, znów zrobiło się głośno.




Autorka: Aleksandra Lipczak, luty 2014


Magdalena Grzebałkowska
"Beksińscy. Portret podwójny"
Oprawa twarda
Wydanie: pierwsze
Data pierwszego wydania: 2014-02-17
ISBN: 978-83-240-2874-0
Opracowanie graficzne Krzysztof Rychter 
Liczba stron: 480
Wydawnictwo Znak
Format: B5 (165x235)

Kontakt

Radio HeyNow Limited

Westec House West Gate,

W5 1YY Londyn

020 8252 1143 

Redakcja@radioheynow.com

logo male biale

Please publish modules in offcanvas position.